„Zmysł powonienia,  mój jedyny obraz ciebie” /the sense of smell, my only one picture of you


 

fot. A. Bober

Życia sam zapach

ja 
jawa 
owiędła na płask 
oddalonych punktów 
pstrość 
czyli 
je 
łączy 
sproszy 
skreśli 
bezwonny stan 
a to znaczy ruch 
a to wzruszyć 
coś z pamięci oddechu: 
krążenie 
rytm rozkręcony na kwiat 
rozgałęziacz pojęć zielonych 
bujna kulistość 
toczona zwąchań 
struktura 
każe stąd-dotąd zjawisko 
wdech! zaklockowanie! 
zamknąć w zamknąć 
kryształy 
w przezroczyście jedno słońce 
zmysłu 
nosa

Miron Białoszewski

IMGL9157mfot. A. Bober

„[…]The time comes when it can’t be said; one’s too shy to say it, he thought, pocketing his sixpence or two of change, setting off with his great bunch held against his body to Westminster to say straight out in so many words (whatever she might think of him), holding out his flowers, „I love you.” V. Woolf, Mrs Dalloway 

her flower

fot. A. Bober

 

[…]Weszła szczupła, wysoka, bardzo wyprostowana; natychmiast przywitała ją panna Pym o pucołowatej twarzy i czerwonych rękach, które wyglądały tak, jak gdyby trzymała je w zimnej wodzie wraz z kwiatami.Kwiaty: lewkonie, groszek pachnący, pęki bzu i goździki, masy goździków.I róże, i irysy. Ach, tak… wdychała słodki zapach ziemi ogrodowej rozmawiając z panną Pym, która była obowiązana jej służyć i która uważała, że Klarysa jest dobra, bo była dobra przed laty; bardzo dobra, tylko w tym roku wygląda starzej, kiedy tak porusza głową to w tę, to w tamtą stronę między irysami i różami, przybliża twarz do pęków bzu i oczy ma przymknięte, wdycha – po ulicznej wrzawie – rozkoszny chłód, zachwycający aromat. Nagle otworzyła oczy i jak świeże, niczym najpiękniejsza bielizna prosto z prania, ułożona w wiklinowych koszach, wydały jej się róże; jak konwencjonalnie poprawne były czerwone goździki o sztywnych głowach; i groszek rozparty w swoich wazonach, biadoliła, śnieżnobiały, kremowy; mogło się zdawać, że jest wieczór i dziewczęta wyszły w batystowych sukienkach rwać groszek i róże, wyszły po skończonym cudownym dniu letnim o niemal granatowym niebie, po dniu letnim pełnym lewkonii, goździków, lilii; mogło się zdawać, że jest to chwila między szóstą i siódmą, kiedy kwiaty – róże, goździki, irysy, bez – żarzą się; białe, fioletowe, czerwone, pomarańczowe; wszystkie kwiaty płoną własnym, łagodnym i czystym światłem na parujących mgłą rabatach. Jakże ona kochała biało-szare ćmy zataczające kręgi nad ciastem z wiśniami, nad grzędą pierwiosnków wieczorem! I chodząc z panną Pym od wazonu do wazonu, chodząc i wybierając kwiaty mówiła sobie: – Głupstwa, głupstwa – coraz łagodniej, jak gdyby to piękno, ten zapach, te barwy, jak gdyby życzliwość i ufność panny Pym były falą, która ją zalewa i jednocześnie topi tę nienawiść, topi tego potwora; i unosi ją coraz wyżej, wyżej[…]”

V. Woolf , Pani Dalloway    

fot. A. Bober

„[…]She advanced, light, tall, very upright, to be greeted at once by button-faced Miss Pym, whose hands were always bright red, as if they had been stood in cold water with the flowers.

There were flowers: delphiniums, sweet peas, bunches of lilac; and carnations, masses of carnations. There were roses; there were irises. Ah yes–so she breathed in the earthy garden sweet smell as she stood talking to Miss Pym who owed her help, and thought her kind, for kind she had been years ago; very kind, but she looked older, this year, turning her head from side to side among the irises and roses and nodding tufts of lilac with her eyes half closed, snuffing in, after the street uproar, the delicious scent,
the exquisite coolness. And then, opening her eyes, how fresh like frilled linen clean from a laundry laid in wicker trays the roses looked; and dark and prim the red carnations, holding their heads up; and all the sweet peas spreading in their bowls, tinged violet, snow white, pale–as if it were the evening and girls in muslin frocks came out to pick sweet peas and roses after the superb summer’s day, with its almost blue-black sky, its delphiniums, its carnations, its arum lilies was over; and it was the moment between six and seven when every flower–roses, carnations, irises, lilac– glows; white, violet, red, deep orange; every flower seems to burn by itself, softly, purely in the misty beds; and how she loved the grey-white moths spinning in and out, over the cherry pie, over the evening primroses!

And as she began to go with Miss Pym from jar to jar, choosing, nonsense, nonsense, she said to herself, more and more gently, as if this beauty, this scent, this colour, and Miss Pym liking her, trusting her[…]” V. Woolf , Mrs Dalloway

IMGL9182m

fot. A. Bober