Start living man! Tomorrow may not come.


tumblr_m78pxt8bbr1qb9yj1o1_1280

Du levande, reż. Roy Andersson.

 To nie jest obraz, którego fabułę można by jakoś streścić. To mozaika różnych scen, tragikomicznych postaci, pełen przypadkowych interakcji, okraszonych surrealizmem, gorzką refleksją, ale także humorem. 

To obraz o rutynie codzienności, marazmie i braku koncepcji na przełamanie takiego stanu rzeczy. Postacie z życia wyjęte, takie, które spotykamy na codzień, ale zapewne niewiele wiemy o tym co dzieje się w  nich samych, w czeterch ścianach ich domów, a także w ich umysłach. Każdy kolejny pojawiający się bohater wnosi coś nowego do naszego wyobrażenia o człowieku jako takim.
Człowiek Anderssona to istota nie pozbawiona lęków, skupiająca się na prostych czynnościach, ale wciąż z głową w chmurach,  jak w cytacie  z wiersza Lieberta:
„[…] O świcie nadzieją zakwita
Pod wieczór niczemu nie wierzy[…]”.

 Jesteśmy razem, obok, ale jakby pojedynczo. Z własnymi słabościami i lękami, i tak odbywamy walkę samotnie, nikt nie słyszy naszego krzyku. Nawet najblizsi nie zawsze odczytują dobrze nasze intencje i emocje.  Obraz tego reżysera dotyczy społeczności małego szwedzkiego miasteczka, ale coś mi podpowiada, że przybrał on także nieco bardziej uniwersalny charakter. Bez względu na czas i miejsce w przestrzeni ludzie wszędzie są tacy sami. Doświadczamy tych samych rozczarowań, wzlotów i upadków. Śmieszą nas podobne rzeczy. Paleta emocji wciąż taka sama, od miłości, poprzez ból i rozczarowanie, aż do olśnienia.  

To pytanie, które rodzi się po obejrzeniu filmu:  czy należy czekać na jakieś jutro?  A może właśnie nadszedł czas na zmiany? Coż bowiem z naszego utuskiwania, którego i tak nikt nie słyszy.