Is it just a dream…?


 „Ratcatcher deftly contrasts urban decay with a rich interior landscape of hope and perseverance, resulting in a work at once raw and deeply poetic.”

Ratcatcher – Nazwij to snem (1999) reżyseria: Lynne Ramsay

Są takie obrazy – filmy, których oglądanie boli. Ratcatcher to film niesamowicie intensywny, dramatyczny, ale nie pozbawiony liryzmu i poetyckości. Jest w nim okrucieństwo, tandetność, lenistwo, brak samoświadomości. Dziwnie się czułam oglądając ten obraz, byłam na przemian zła i wzruszona. Przeraził mnie smród i brud dzielnic Glasgows ( akcja toczy się w 1973 r.). Ludzie jak ziarnka piasku oddzielone od siebie, godzący się na trwanie, na zgniłą codzienność. Jakby śmierć i życie niewiele znaczyły. Warunki życia całkowicie zdeterminowały codzienność i kontakty międzyludzkie,  wyjaławiając je z nacieplejszych odruchów. Przytłoczyła mnie ta atmosfera, postać  Margaret Anne, która włóczy się  ze starszymi chłopakami i w mało sutelny sposób wprowadza ich w arkana erotyki. Sobą może być tylko obok Jamesa, wtedy jest naprawdę czuła i roześmiana. Oboje spragnieni są czystych, subtelnych uczuć, zwykłej ludzkiej bliskości i zrozumienia. 

W tym wszystkim 12 letni James bijący się z myślami, wciąż marzący o innym, lepszym życiu, prawdziwym domu i szczęściu bliskich. Jest w postaci tego chłopca coś , co daje nadzieję. I nie wiem czy koncówka filmu była tylko iluzją, snem czy faktem…nie daje mi to spokoju. 

64014584