Pina Bausch – theatrum mundi


„W każdej chwili pewien kształt dłoni lub twarzy osiąga doskonałość, pewien odcień wzgórz lub morza okazuje się bardziej wyszukany od innych, pewien odcień namiętności, intuicja lub pewnego rodzaju intelektualne podniecenie stają się dla nas nieodparcie rzeczywiste i pociągające, jednak tylko w tej jednej chwili.”

[…]choć wszystko topnieje u naszych stóp, możemy uchwycić każdą wyjątkową namiętność i każdy sąd, który zdaje się na chwilę uwalniać ducha, każde poruszenie zmysłów[…]”

Walter Pater

„Nie obchodzi mnie, jak poruszają się ludzie. Obchodzi mnie to, co ludzi porusza” – P. Bausch

Najpierw obejrzałam  film „Pina” Wendersa, potem w Teatrze Wielkim zobaczyłam spektakl CAFE MÜLLER . To było niezwykle przejmujące wydarzenie dla mnie. I choć upłynęło sporo czasu od momentu kiedy widziałam oba spektakle, wciąż emocje związane z tym tkwią we mnie mocno. 

Wszystko odbyło się w bardzo oszczędnej dekoracji: parę stolików i mnóstwo krzeseł rozrzuconych po całej scenie, wokół szklane witryny.
Aktorzy – tancerze poruszali się jak w transie, ani przez moment nie opuszczało mnie napięcie. Ze sceny bił jakiś hipnotyczny dramatyzm. Postacie ocierały się o siebie, współistniały bardzo blisko, a mimo to odnosiło się wrażenie jakby były niesamowicie samotne. Każda próba kontaktu tancerzy, aktorów, bohaterów, kończyła się jakimś ekstatycznym przeżyciem, bólem, cierpieniem.

Ten spektakl nie odpowiada na pytanie jak ma być, czy to dobrze, że tak właśnie jest. 

Scena, która powoduje, że widz zamiera, a jednocześnie czuje narastające emocje: kobieta – tancerka zupełnie przypadkowo spotyka na swojej drodze mężczyznę, oboje mają zamknięte oczy.  Nie wiemy czy się znają, czy są sobie bliscy.  Pojawia się wreszcie ktoś trzeci.  Podchodzi do nich, by nauczyć ich układu ruchów jaki mają od teraz wykonywać, zmuszając ich, by ich usta się stykały. Mężczyzna ma trzymać kobietę na rękach.
Ale kiedy tylko „intruz” odchodzi oboje wracają do czułych gestów, splatając się w delikatnym uścisku. Ten akt powtarza się wielokrotnie. Teraz raz za razem powracają albo do niewymuszonej czułości, albo zaaranżowanej sceny przymusu. Po pewnym czasie obecność mężczyzny nie jest już konieczna, oboje jak nakręcane lalki powtarzają wyuczone gesty.
Tempo narasta, obojgu nie starcza sił, wreszcie zastygają, słyszymy jedynie ich oddechy…

… ta sama kobieta unoszona na rękach mężczyzny, wespół wirujące ciała. Oboje uderzają ciałami o „szklane” witryny. Jakby rozpaczliwie poszukiwali wyjścia, ucieczki z tej przestrzeni. 

81116-04

I wreszcie moment, gdy pojawia się postać filigranowej tancerki, ( rola ta należała kiedyś do Piny), wstrząsająca, bardzo ekspresyjna, stąpa jakby nieporadnie, ciało targane raz po raz konwulsjami, by za moment przejść w ruch łagodny, tkliwy i majestatyczny. Patrzyłam na tę postać jak zahipnotyzowana. To jest ten rodzaj sztuki, tańca połączonego z teatrem, po obejrzeniu którego czujemy jakbyśmy przeżyli swoiste katharsis.
Jeśli czegoś naprawdę żałowałam po obejrzeniu tego spektaklu to tego, że nigdy nie zobaczę w nim samej Piny.

Everything must come from the heart, must be lived.
Pina Bausch 


Może ten spektakl to pytanie o to kim jesteśmy dla innych, dla siebie, jak mamy współistnieć wobec innych otaczających nas ludzi z ich lękami, miłością, cierpieniem…
Tancerze zderzają się ze sobą, mijają, dotykają, tulą, ranią… 

i DAS FRÜHLINGSOPFER TANZTHEATER WUPPERTAL PINY BAUSCH – piękno tego spektaklu wyznaczał  rytm, dynamizm, tragizm. Miałam wrażenie jakbym cofnęła się do czegoś bardzo pierwotnego. Tancerze poruszali się bardzo lekko, choć pod stopami zalegała im warstwa torfu. Zapamiętałam młodą dziewczynę, Azjatkę – grała kobietę, która miała być złożona w ofierze,niesamowicie autentyczna. Emanowała ogromną energią i emocjami. 

Nie potrafię przypomnieć sobie kiedy po raz pierwszy zetknęłam się ze zjawiskiem jakim była Pina Bausch i jej teatrem tańca, ale nieustannie jest w moich myślach. 

Oba spektakle wywarły na mnie piorunujące wrażenie. W osłupienie wprawił mnie autentyzm, dramaturgia, umiejętności tancerzy i niesamowita atmosfera. Mogę tylko żałować, że urodziłam się zbyt późno, by doświadczać tego co tworzyła Pina B. Spektakl z jej udziałem- majstersztyk pełen  tańca, emocji. Niewiarygodnie piękne ruchy rąk. Twarz jakby na pograniczu jawy i snu.