Kino pełne miłości i cierpienia


Año del tigre, El/ Rok tygrysa 2011

Dramat/produkcja: Chile/reżyseria:  Sebastián Lelio

       27 lutego 2010 roku Chile nawiedziło trzęsienie ziemi oraz fala Tsunami. Główny bohater, będąc do tej pory więźniem,  paradoksalnie dostrzega w tej sytuacji nadzieję na wolność dla siebie. Podejmuje ucieczkę a potem wędrówkę, podczas której dowie się, że stracił swoich bliskich. Niewyobrażalny krajobraz zniszczeń pogłębia frustrację bohatera, wystawia na próbę jego człowieczeństwo.
Dla mnie film odwołuje się częściowo do tych sytuacji , w których człowiek w obliczu własnego cierpienia zaczyna poszukiwać odpowiedzi na pytanie o sens tego co go dotyka, ten film także nie daje odpowiedzi, a może jedynie stawia pytania na nowo. Jeden z bohaterów mówi o ludzkiej bezczynności, o tym, że sami jesteśmy sobie winni, udając, że nie dostrzegamy pewnych faktów, wolimy nie wiedzieć… A może to utrata wiary i kara za grzechy? Bóg chce nas doświadczyć?
Taka koncepcja mi nie odpowiada, nie godzę się na stawianie tezy o karze za grzechy.
Wolę myśleć, że coś zależy ode mnie, od człowieka, że mam na coś wpływ.  Główny bohater nie potrafi znieść otaczającej rzeczywistości, sam na nowo odbiera sobie wolność, która dana mu jest na moment, jak tygrysowi z klatki, którego uwolnił, by uratować mu życie, także na krótko.

Pewnego razu w Anatolii rok temu nie udało mi się zobaczyć tego filmu, choć bilety zakupiłam, tę niepowetowaną stratę zrekompensował nam jednak pewien dobry człowiek wysyłając pocztą kilka dobrych filmów na dvd, a film obejrzałam rok temu.

To naprawdę dobre kino, nawet jeśli ktoś  nader sceptycznie podchodzi  do filmoteki tureckiej. Ten film zaskakuje nie całością fabuły, ale momentami- czyli to co lubię w kinie najbardziej. I co z tego , że reżyser stosuje kilka przewidywalnych trików, skoro scena jest naprawdę piękna, chociażby ta, kiedy w twardy męski świat wkracza delikatna , zjawiskowa, piękna kobieta. Niejedno męskie spojrzenie odprowadza ja aż do chwili, gdy znika za drzwiami domostwa.

Tutaj każdy z bohaterów „opowiada” swoją własną historię, wśród rozświetlonych łanów zbóż, rozdzieranych wiatrem gałęzi, toczących się w rzece jabłek…

 Twarze policyjnych twardzieli ze łzami  w oczach, z nieczystymi sumieniami, smutnymi duszami.  Nie tylko zabójcy niosą swoją tajemnicę…

Wszystko pięknie zagrane, postać prokuratora – ten facet wygrał wszystko, każdy subtelny uśmiech, spojrzenie, myśl. Absurdalna scena sekcji zwłok –  nie było do śmiechu, ale rozbawił mnie ten człowiek, wyjmujący zardzewiałą piłkę, jakby do metalu, żaląc się przy tym, że nie ma lepszych narzędzi, że nikt go nie słucha, że przecież zgłaszał to już tyle razy. Po czym sumiennie przystępuje „do dzieła”. Nie ma zbędnego natrętnego patosu i gruboskórnego humoru. Jest wszystkiego tyle ile trzeba.

Dwa lata temu zobaczyłam Funny Games – film opowiada o  brutalnej zabawie kosztem drugiego człowieka,  raczej dla osób o mocnych nerwach, potrafiących poradzić sobie z tak dużą dawką emocji i przemocy. Jednak jak na tak doskonałego reżysera przystało to doskonale skonstruowane kino.

W tym roku film tego samego reżysera, nie mniej grający na emocjach, choć tym razem, bohaterowie pełni są najlepszych uczuć oraz intencji. Trudno mówi się o filmie „Miłość” Michael’a  Haneke. Jeśli ktoś jeszcze nie zdaje sobie sprawy  z tego czym jest miłość powinien zobaczyć ten film. To nie jest kwestia jedynie wspaniałych kreacji bohaterów. Temat nie nowy, a jednak ujmuje czystością formy i minimalizmem. Czułam ten fizyczny ból i udręczenie, ale czułam też tę symbiozę między bohaterami, to zrozumienie i szacunek jakbym się wzajemnie obdarzali. Szkoda tylko, że czasami musimy uciekać do tak niesamowicie trudnych decyzji, by  pozwolić zachować ukochanej osobie godność.
Trzeba koniecznie zobaczyć dla tej subtelności uczuć i niewiarygodnie dobrego aktorstwa. Ale może także po to, by zapytać siebie czy jesteśmy gotowi na miłość akceptującą, pełna szacunku i jeśli będzie od nas tego wymagać sytuacja, poświęcenia.    

cdn.