Myślę, co znaczy być tą, nie inną.


W każdym z nas jest coś niepowtarzalnego. Tak, wiem, to brzmi jak banał.  W kształtowaniu się naszego „ja” do głosu dochodzą zjawiska integracji i dezintegracji. Nieustannie uczymy się umiejętności akceptowania tego, co w nas autentyczne. Niewielu wykracza poza powszechne uznane kategorie dobra i zła.  Cały szkopuł tkwi w tym, by dokonywane przez każdego z nas wybory i motywacje  dotyczyły autentycznych potrzeb psychicznych.
Nie odnoszę wrażenia, by proces stawania się tym kim jestem odbywał się harmonijnie, poprzez doskonalenie intelektualne i moralne.

W każdym momencie życia – we wszystkich jego aspektach – wewnętrznej i zewnętrznej aktywności doświadczam życia i siebie w nim. Wzlotów i upadków, klęsk i sukcesów. 
Najmocniej angażują jednak imperatywny emocjonalne. 

Nie obciążam się wadliwymi stereotypami, choć niektóre z nich pomagają poruszać się w świecie.
Największe konflikty człowiek ma sam ze sobą. Kiedy następuje rozdźwięk pomiędzy jego pragnieniami, dążeniami i postawami. Dlatego za wszelką cenę stawiam na wewnętrzną zgodę, na aprobatę i akceptację siebie samej, choć nie popadam w samozadowolenie. Odrobina samokrytycyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła:)

Nie stoję biernie, nie przyglądam się, nie chcę żyć zastępczo, czekać. Niezgoda na to jak jest, inspiruje raczej, wyzwala dodatkowe pokłady energii. Marzenia od zawsze nadawały memu życiu wymiar poetyckości, niezwykłości, nawet w obliczu przytłaczającej codzienności.

Marzyć czy nie marzyć?

Wprowadzać się w ten błogi stan chciejstwa ?  Mówić sobie: “dasz radę”, ” głowa do góry”? Napędzać ducha i ciało? A co jeśli na końcu spotka nas fiasko…
A jednak, co mocniej napędza nas do bycia, stawania się i działania, jeśli nie marzenia? Co stanie się z nami jeżeli z nich zrezygnujemy? Mamy żyć połowicznie, utwierdzać się w przekonaniu, że są rzeczy poza naszym zasięgiem. Może trzeba by było spojrzeć na siebie tu i teraz i zapytać siebie samego oto czy nie przeoczyliśmy czegoś, a może jednak spełniło się coś, coś się udało, choć wcześniej było to jedynie w sferze naszych pragnień.
Bywa, że spełnia się to co do tej pory uważaliśmy za nierealne. Odnoszę wrażenie, że ze zwykłego tchórzostwa nie podejmujemy nowych wyzwań. Już na początku drogi szukamy usprawiedliwienia dla siebie, jakbyśmy z góry przewidywali ewentualną przegraną.
A przecież to nasze” rozmarzenie” to taka niezgoda na to co przynosi świat urzeczywistniony.

Czy marzycielstwo jest niebezpieczne?
Może wtedy, gdy nie dajemy za wygrana choć fakty są wrzeszcząco – przytłaczające…
Spróbujmy  zatem posortować nasze marzenia, wprowadzić jakaś chronologię; zacząć małymi kroczkami od tych bardziej możliwych do spełnienia. Dać sobie szansę, troszeczkę się podbudować, uwierzyć w siebie.
Jakże często rozpoczynamy urzeczywistnianie naszych pragnień od tych najtrudniejszych. Wyznaczamy sobie absurdalne cele, szalenie odległe, a potem z trudem godzimy się z fiaskiem.
Czy choć przez chwilę oceniliśmy swoje możliwości, a może sami skazaliśmy się na przegraną?

Czy wobec tego zachować dozę zdrowego rozsądku ?  

A co z tym szaleństwem w oczach, tym cudownym amokiem, który każe nam patrzeć na świat przez różowe okulary? 
Być marzycielem i człowiekiem zdroworozsądkowym…Czy to jest w ogóle możliwe?
Jedno jest pewne, dzięki marzeniom nie stoimy w miejscu, nie skupiamy się na tym co było, ale idziemy “naprzód z żywymi” , jak mawiał poeta.
Ileż w tym błogostanu, poezji i kolorytu!!
Nadmiarem szczęścia byłoby stać się marzycielem twórczym, kreatywnym, pełnym energii.
Stoję na stanowisku, że to my kreujemy nasza przyszłość, to my wyznaczamy sobie granice poznania, stawania się i rozwijania się. Jesteśmy tacy, jakimi się sami stworzyliśmy.
Absolutnie i bezwzględnie zamierzam parę swoich marzeń spełnić:), nie będę stać biernie i przyglądać się jak mija czas. Bo boję się , że ominie mnie coś pięknego i 
wzruszającego.

I jakże miłym i dojmującym uczuciem jest myślenie, że ktoś podziela Twoje pragnienia – uczucie nie do przecenienia!

 

andre kertesz fot. A . Kertesz