Za co uwielbiam U. Eco


liwei-falls-to-the-new-york

Jestem absolutnie rozkochana w prozie U. Eco i jego pracach naukowych. Ale nic tak mnie nie ubawiło jak „Zapiski na pudełku zapałek”.  Wracam do nich często i odświeżam sobie co jakiś czas, któryś z jego błyskotliwych felietonów. Polecam gorąco!! Eco to wspaniały, wnikliwy obserwator życia. Do tego wspaniałe wychwytuje głupotę i paradoksy.
Oto przedsmak tego co potrafi:)) Mam nadzieje, że sprawi Wam ten wycinek twórczości przyjemność i nieco zrelaksuje, a może nawet skłoni do refleksji:))
A tak nawiasem mówiąc, to skąd ja to znam?:))

U. Eco. Jeden z felietonów :

„JAK NIE KORZYSTAĆ Z TELEFONU KOMÓRKOWEGO

Łatwo jest szydzić z posiadaczy telefonu komórkowego. Należy jednak sprawdzić, do której z pięciu poniższych kategorii należą. Pierwsza – to ludzie z niewidocznym niekiedy kalectwem, którzy muszą być w stałym kontakcie z lekarzem i pogotowiem ratunkowym.Chwała niech będzie technice za oddanie im do dyspozycji tak pożytecznego aparatu. Na drugim miejscu są ci, którzy ze względu na poważne obowiązki zawodowe muszą być przez cały czas do dyspozycji (oficerowie straży pożarnej, lekarze rejonowi, transplantatorzy organów, oczekujący na świeże zwłoki, a także Bush, gdyby bowiem jego zabrakło, świat wpadłby w ręce Quayle’a). Dla tych ludzi telefon to twarda konieczność, nie mająca nic wspólnego z przyjemnością.


Jako trzeci idą cudzołożnicy. Dopiero teraz, po raz pierwszy w historii, mają możliwość odbierania od swojego potajemnego partnera informacji tak, by rozmowy nie usłyszeli członkowie rodziny, sekretarki ani złośliwi koledzy. Wystarczy, żeby tylko ona i on znali numer (albo on i on, ona i ona; jakoś wyleciały mi z głowy inne możliwe kombinacje). Wszystkie trzy wymienione powyżej kategorie mają prawo do naszego szacunku. Jeśli chodzi o dwie pierwsze, gotowi jesteśmy znieść to, że zakłóci się nam spokój w restauracji albo podczas pogrzebu, natomiast cudzołożnicy są zazwyczaj bardzo dyskretni. Pozostałe dwie kategorie są natomiast grupami ryzyka (również dla siebie, nie tylko dla nas). Pierwsza z nich to osoby nie potrafiące ruszyć się na krok, jeśli nie mają możliwości, by plotkować o błahych sprawach z przyjaciółmi i krewnymi, z którymi dopiero co się rozstały. Bardzo trudno jest wyjaśnić im, dlaczego nie powinny tego robić.

Skoro nie potrafią opanować pędu do kontaktu z innymi ani cieszyć się chwilami samotności, zainteresować się tym, co robią w danej chwili, smakować oddalenia po okresie smakowania bliskości, skoro nie potrafią ukryć swojej wewnętrznej pustki, a nawet czynią z niej symbol i sztandar, no cóż, sprawa podpada pod kompetencję psychologa. Tacy ludzie są uciążliwi, ale musimy zrozumieć ich straszną wewnętrzną jałowość, dziękować Bogu, że nie jesteśmy w ich skórze, i wybaczać (nie daj się natomiast opanować szatańskiej radości, że nie jesteś taki, oznaczałoby to bowiem pychę i brak miłosierdzia). Uznaj ich za swoich bliźnich i nastaw drugie ucho.

Ostatnia kategoria (należą do niej także, na najniższym szczeblu drabiny społecznej, nabywcy telefonów – atrap) to osoby, które pragną pokazać publicznie, że ludzie uganiają się za nimi, szczególnie w związku z interesami. Rozmowy, jakich musimy wysłuchiwać na dworcach lotniczych, w restauracjach i pociągach, dotyczą niezmiennie transakcji walutowych, niedotarcia na miejsce transportu szyn profilowanych, nalegania w sprawie wyprzedaży partii krawatów oraz innych spraw, które w intencji rozmawiającego pasują do stylu Rockefeller. Rzecz w tym, że mechanizm podziału na klasy działa w sposób przerażający, gdyż taki nowobogacki, nawet jeśli zarabia ogromne sumy, nie wyzbył się atawistycznego proletariackiego piętna, nie wie, jak posługiwać się sztućcami do ryb, zawiesza małpkę w tylnym oknie swojego ferrari, świętego Krzysztofa na tablicy rozdzielczej prywatnego odrzutowca albo mówi „managment”; nie bywa więc u księżnej de Guermantes (i dręczy go pytanie, dlaczego, skoro ma jacht tak długi, że właściwie jest mostem od brzegu do brzegu). Taki człowiek nie wie, iż Rockefeller nie potrzebuje telefonu, gdyż ma sekretariat tak wielki i sprawny, że w najgorszym razie, kiedy umiera mu dziadek, przybywa szofer i szepcze mu coś do ucha. Człowiek możny to taki, który nie musi rozmawiać z każdym, kto zadzwoni, a nawet – jak zwykło się mawiać – jest niedostępny. Nawet na niskim szczeblu dyrektorskim dwoma symbolami sukcesu jest klucz do własnego gabinetu i sekretarka, która mówi: „Szef właśnie wyszedł”. Dlatego ten, kto popisuje się telefonem komórkowym jako symbolem władzy, wbrew swoim intencjom ujawnia wszystkim swoją podrzędną pozycję, nawet bowiem trzymając w ramionach kobietę musi podrywać się na baczność za każdym razem, kiedy dzwoni byle pełnomocnik dyrektora; jest skazany na ściganie dniem i nocą dłużników, by jakoś wyżyć, a bank z powodu jakiegoś czeku bez pokrycia nie daje mu spokoju podczas Pierwszej komunii córki. Lecz fakt demonstracyjnego korzystania z telefonu komórkowego świadczy, że o tym wszystkim nie wie, co potwierdza jego bezapelacyjną marginalizację społeczną.”