O przeżywaniu kłamstwa / Reflections on a lie


” […] gdyby kłamstwo podobnie jak prawda, miało jedną twarz, łatwiej dalibyśmy sobie z nim radę; przyjęlibyśmy po prostu za pewnik przeciwieństwo tego, co mówi kłamca, ale odwrotna strona prawdy ma sto tysięcy postaci i nieograniczone pole[…]” Montaigne 

Film Nagroda / Priz Pauli Markovitch, wywołał we mnie potrzebę myślenia  i pisania o kłamstwie. Wywołał ten wewnętrzny dyskurs, ponieważ skłonna jestem sądzić, że nie sposób uchronić się od kłamstwa i to nie tylko dlatego, że uwarunkowane jest to potrzebami  społecznymi, ekonomicznymi czy politycznymi. Śmiem uważać, że jest ono wpisane w nasze życie podobnie jak cierpienie.Nieustannie zastanawiam się jak uchronić się od kłamstwa, szczególnie wtedy, gdy czuję, że jest ono jedynie przykrywką dla innych, a nie mnie samej. I wtedy, gdy nie służy tzw. celom wyższym (zresztą, czy powinno służyć celom wyższym?).

Odnoszę wrażenie, że zbyt często uprawomocniamy kłamstwo jako wartość, która ma doprowadzić jakieś działanie lub ideę-  do lepszego, pozytywnego końca. Dlatego też czujemy się rozgrzeszeni. Ale kłamiemy także  na potrzeby własnych celów, aspiracji, chorych ambicji; kłamiemy w mediach, reklamach( to już prawie cała machina), gazetach, stronach internetowych. Można by powiedzieć, że mamy do czynienia z profesjonalistami w dziedzinie kłamstwa. Ogrania mnie smutek, gdy o tym myślę- o tym iście zbiorowym przyzwoleniu i uczeniu młodych ludzi, że to właściwa droga do biznesu i realizowania samego siebie.  Jakże szczęśliwe są dzieci te roczne i dwuletnie, które tak naprawdę nie są w stanie kłamać. Dzieje się tak dlatego, że nie potrafią „odróżnić symbolu od rzeczywistości,  fotografii od przedmiotu”. 

Niestety codzienność uczy mnie, że frazeologizm – „papier wszystko przyjmie” nadal jest aktualny. By pokazać się, zrealizować plan maksimum, zadowolić pracodawców i szefów skłonni jesteśmy napisać stek różnych bzdur. Spróbowalibyśmy tylko poddać w wątpliwość lub oprzeć się zakłamaniu – zaraz odbierze nam się prawo do nagrody lub dodatek motywacyjny.
Każdego dnia zamykam drzwi „zakładu pracy”  w poczuciu jakiegoś niespełniania. Jakbym coś przemilczała, jakby nie zrobiła wszystkiego co należało…

W kontekście mojego zawodu czuję ogromny dyskomfort. 

Dlaczego kłamiemy? Mówi się:  bądź taktowny ! Ale przecież takt jest także formą małego kłamstewka. Właściwie taki typ kłamstwa postrzegamy jako coś wartościowego np. wtedy, gdy zapytani o wiszący na ścianie obraz odpowiadamy, że bardzo nam się podoba, choć ni w ząb nie rozumiemy jego treści, a forma wywołuje w nas niesmak. Tylko jak powiedzieć to wieloletniej przyjaciółce lub szefowi z pracy. Zatem nie chcąc zranić czyiś uczuć, nie nazywając rzeczy po imieniu – kłamiemy w dobrej wierze. Nadal jednak nie czujemy się z tym dobrze. Takie postępowanie wywołuje w nas ogromny dysonans. Z jednej strony duża więź emocjonalna i odraza do oszukiwania bliskich sobie osób, z drugiej – chęć bycia wysoce kulturalnym i taktownym, to takie kłamstwo w białych rękawiczkach. Jak wtedy budować siebie? Jak być w zgodzie z samym sobą, kiedy brakuje tego wewnętrznego przekonania, że jest się prawdomównym, że żyje się  w zgodzie z obraną drogą.  

Nazwałbym to zachowywaniem pozorów prawdy. Mam wrażenie jakbym ginęła w tym gąszczu prawdziwych i kłamliwych informacji. Czuję też destrukcyjną niemoc w walce z zalewem fałszu i nagminnego wypowiadania półprawd lub kłamstw. Nie sposób budować prawdziwych , mądrych relacji z innymi jeśli przesiąknięci jesteśmy kłamstwem. Pozory prawdy są także niebezpieczne, ponieważ coraz silniej zalewa nas lawina słów, z których trudno jest nam wybrać te, które są wartościowe i prawdziwe. Jesteśmy zatem zdezorientowani. Tym bardziej jeśli wypowiada się uznany autorytet.Wtedy dysonans jest jeszcze większy. Obserwuję czasami sytuację, nawet w nich uczestniczę – matka rozmawia z dzieckiem, wypowiada określone kwestie z głębokim przekonaniem – w moim kierunku, a dziecko w tym samym czasie przewraca oczami, niecierpliwie kiwa się  i pod nosem z dawką swoistej ironii mruczy: ” na pewno tak było” albo „yhy, akurat”. Dziecko widzi własnego rodzica w sytuacji, w której ten kłamie i to bez zająknięcia. Po co to robi? Chce uchronić własną skórę przed  kompromitacją, tymczasem wystawia się na pośmiewisko w oczach własnego dziecka. Skutek ? Nieodwracalny – dziecko wie już po co kłamać i kiedy. Ma też przyzwolenie  – przecież kłamie jego własny rodzic. 

Udajemy zachwyty, przymilamy się, silimy na nieprawdziwe komplementy – małe z pozoru kłamstewka, które mają nas zbliżyć do innych, wywołać uznanie czy aprobatę. Tylko czy nadal czujemy się ze sobą dobrze? 

Inny rodzaj kłamstwa?( Albo pozornej prawdy…)

Pamiętam z rodzinnych doświadczeń sytuację, gdy członkowie rodziny podjęli decyzję o nie informowaniu chorej o jej stanie zdrowia i ukrywaniu przed nią perspektywy śmierci. Tylko jedna z osób do końca miała wątpliwości. Chciała prawdy, ponieważ uważała, że umierający ma prawo do podjęcia jakiś ostatecznych decyzji, do wypowiedzenia ( być może ) członkom rodziny jakichś ważnych słów. Czy to potrzebne? Czy coś by to zmieniło? Nigdy się tego nie dowiemy, ale niesmak pozostał, jakieś uczucie niespełnienia i rodzące się pytanie : ” a może tym razem większość się myliła…”? 

Dokonałam też pewnej interesującej obserwacji. Otóż między określoną grupą znajomych : koleżanek  kolegów, ludzi pracujących ze sobą – często zawiera się coś w rodzaju pewnej komitywy – ten kto wie, panuje nad tymi, którzy nie wiedzą. Kłamstwo czyni nas „lepszymi” , stawia wyżej w hierarchii nad tymi, którzy nie wiedzą. To przynosi „dziką satysfakcję”, choć moim zdaniem wątpliwą. 

A przecież istnieją jeszcze procesy nieuświadomione, kiedy dokonuje się tzw. samooszukiwanie się. Skutki są pozytywne jak i negatywne. Warto mieć to na względzie. 

                     I wreszcie wspomniany film „Nagroda” Reżyseria: Paula Markovitch, Argentyna, 2011

 

„This is an autobiographical story. The action takes place in the locations of my childhood, to which I always return in my dreams. I can still hear the sound of the wind clearly, never-ending and wet. I see the unfriendly beach. The sea is yellow and grey. Storms make the walls tremble. These are hostile times. At school we are exposed to the overwhelming mediocrity of fascism and its ridiculous ceremonies. I am seven years old. I go to school.[…] I desperately try to look like all the others but now my mother feels sad and despises me. I am wicked and stupid and make her suffer. What should I say? What should I keep to myself? „

Film oparty na faktach( tak, powstrzymałam się, żeby nie napisać -„prawdziwych”:)), główna  bohaterka  tego obrazu i jej przeżycia, stały się bowiem udziałem samej reżyserki. Akcja dzieje się w Buenos Aires. Obie bohaterki: matka i córka zatrzymują się na jednej z wydm Argentyny. Od początku domyślamy się, że przed czymś uciekają. Zachowanie matki wyraźnie na to wskazuje, dziewczynka natomiast próbuje żyć nadal tak jak do tej pory, choć jej nie wolno. Okoliczności wskazują na 1970 rok  – czas wojny w Argentynie. Jak wspomina sama Markovitch, to był czas terroru, okrutnego reżimu, wszyscy się bali, nikt nie czuł się bezpiecznie. 

Świat małej Cecylii kurczy się do plaży i domku, w którym schroniły się z mamą. To co ujmuje w tym filmie to fakt, że Cecylia jest dziewczynką bardzo energiczną, ciekawą  świata, głodną sukcesu, przyjaciół. Powiedziałabym nawet, że jest  nieco nadruchliwa. Dzieje się tak na pewno dlatego, że jej życie jest mocno ograniczone przez rożne zakazy, dla jej bezpieczeństwa, jak twierdzi matka. Nie ma wyjścia, by ją chronić zmusza małą do kłamstw. Dlatego dziewczynka mówi wszystkim, że jej tato sprzedaje zasłony, a matka pracuje jako gospodyni. Sytuacja rozwija się w niedobrym kierunku. Cecylia startuje w konkursie na najlepiej napisany esej. Wygrany otrzyma nagrodę sponsorowaną przez argentyńską armię. Matka jest w rozterce, jak pogodzić fakt, że córka napisze esej dla morderców jednego z członków jej rodziny.  Atmosfera zagęszcza się stopniowo, ponieważ Cecylia nie chce zrozumieć powodów , dla których matka zabrania jej udziału w konkursie. Wszystkie sceny młoda aktorka gra niewiarygodnie prawdziwie. 

Cecylia napisze esej, ale w nim umieści informację o tym, że jej kuzyna zabili żołnierze argentyńscy.  Daje się urzec tej atmosferze patriotycznego, żołnierskiego heroizmu. I trudno mieć do niej o to żal.

Czuje się, że obie bohaterki są  tylko pozornie wolne, tak naprawdę ta sytuacja nieustannych kłamstw i strachu więzi je jeszcze bardziej. Obie wpadają w złość, są sfrustrowane i bywają momenty, gdy emocjonalnie mocno się od siebie oddalają. 

Nie miałam wątpliwości, że gdybym była matką,  w tej sytuacji, także musiałabym kłamać i nakłaniać do kłamstwa własne dziecko. 

Nie zawsze „kłamstwo” jest tak oczywistym wyborem.