Jeden dzień z życia Stasi Bozowskiej


       

 Po krótkiej nocy „Stasię Bozowską” „obudził subtelny dźwięk Sony Ericssona, oznajmiając godzinę 6:10. W uszach zabrzmiały słowa dawno zasłyszanej piosenki :
” wstań, jesteś silna, nie pomogą łzy….[…]” . Krótkie przeciągnięcie, ostatnie błagalne spojrzenie na ekran telefonu i…
/Gdy inni Polacy spali ONA w przytłumionym świetle lampki oddawała się…lekturze ostatnich wypocin literackich swoich milusińskich. (Należy nadmienić, że z każdą kolejną „wspaniałą” pracą literacką oddech biednej Stasi stawał się coraz szybszy, nie wiemy tylko czy to efekt wcześniej wypitych kaw dla podtrzymania powiek, czy  wzruszeń wywołanych treścią prac. Po sprawdzeniu kilkunastu nie wiedziała już czy ŻE piszę się przez „ż” , „sz” czy „rz”.  Nadmiernego pobudzenia i łez nie zdołały też powstrzymać środki dopingujące, a może raczej znieczulające./

        Ni mniej ni więcej, jak co dnia obudziła się wspomnianego ranka po trzech godzinach snu (przerywanego co jakiś czas dochodzącymi ją pomrukami i  chrapaniem).
Stasia przywykła już do wypijanej w biegu kawy, wplątywanie się włosów w suszarkę oraz płatków z jogurtem. Nasza bohaterka nie uczy się niestety na błędach, dlatego codziennie rano biega to tu , to tam w poszukiwaniu jakichś pomocy metodycznych, świstków na fluoryzację dla pielęgniarki, dziennika zajęć wyrównawczych, tudzież niezbędnego papieru xero – bo szkolny się już skończył. Nie może także zapomnieć markera do tablicy, bo jak się okazuje to towar deficytowy. Stasia zabiera też
17 calowego laptopa, torbę ze sprawdzonymi zeszytami i kilka innych niezbędnych dziś pomocy naukowych. Sama nie wie jak to wszystko mieści się w jej drobnych, kobiecych dłoniach.

Spodziewacie się, że do pracy pójdzie piechotą, albo wsiądzie w autobus – nic z tego! Stasia ma małe, żółte, prędkie autko – niestety zwykle niezatankowane, bo zawsze napełnia bak tylko za 50 złotych . Kwestia oszczędności?

Gdy dociera po 35 minutach do celu, nie posiada się z radości. Czekają ją przecież nowe wyzwania. Milusińscy witają ją radośnie już od samego progu. A ONA naiwnie wierzy, że dziś będzie wyjątkowo, inaczej niż zwykle, że będą się starać i nikt nie nadepnie jej na odcisk i wszyscy odrobią zadania domowe.
Po pierwszej godzinie nie czuje jeszcze zmęczenia, ( to nic, że dwóch nie miało ćwiczeń, jeden zapomniał  zeszytu, ten z drugiej ławki wysypał wszystko z piórnika, a  ta mała co siedzi  w trzecim rzędzie- znowu nie ma długopisu. Ten wysoki, który siedzi vis a vis biurka głośno oznajmia, że za kilka sekund dzwonek i przerwa śniadaniowa. Jego kolega z ławki postanowił sobie zrobić przerwę nieco wcześniej i niczym nie zrażony popija nadgryzioną kanapkę mlekiem z kartonu).

Już niczego nie pamięta, teraz słucha ulubionej muzyki, wietrzy salę(  uwierzcie mi naprawdę trzeba) i czuje promienie słońca na twarzy. Za kilka sekund koniec wolności.
Druga przerwa. Stasia chciałaby cieszyć się spokojem. Nie! Nic z tego! Wychodzi  na korytarz, a tam dopada ją koleżanka po fachu, znowu wysiadł jej komputer. Stasia uruchamia w sobie dodatkowe zasoby i biegnie co tchu do sali obok. Cóż, znowu ta sama prozaiczna sprawa – nie włączony zasilacz( czasami to po prostu nie włączony monitor . O losie!).
Po kolejnej lekcji miała nadzieję na wizytę w toalecie – nic z tego – dyżur. Przechadzała się po korytarzu co jakiś czas poszturchiwana przez biegające szkraby, wmawiała sobie, że wytrzyma, to przecież nic takiego, bywały już przecież dni kiedy o toalecie przypominała sobie dopiero w domu, gdzieś w granicach godziny 17:00. 

Właściwie skończyła już zajęcia programowe, teraz musi poczekać godzinę na kolejne .To żadne zmartwienie, Stasia ma mnóstwo zainteresowań, tyle spraw na głowie. Godzina przerwy – dobra na wspaniałą kawę z automatu. To nic , że woda w nim stoi od weekendu. Coś pić trzeba.  W oparach „aromatu” i przy dźwiękach muzyki oddała się ulubionej lekturze. Jakież było jej rozczarowanie, gdy okazało się, że ma dziś nie planowane zastępstwo. Zostawiła swoją kawę nucąc p cichu:” W sobie tę siłę znajdź
co uśpiona tak jak wulkan cicho drzemie…”

Ufff, dzwonek. Chwila oddechu?! Nie, nie!  Stasia zabiera swoje manatki i zmienia gabinet – teraz czas na zajęcia z indywidualizacji. Dziewczyna cedzi słowa znajomej piosenki przez zaciśnięte  zęby: „chyba już nadszedł czas,by zrozumieć że, wciąż otworem stoi świat…” 

Zajęcia miały przebiec w spokoju, ktoś jednak przybiegł, otworzył drzwi i zapytał : „słuchaj mogłabyś zejść na dół i pomóc mi podpiąć sprzęt grający? Ja zostanę z dzieciakami” .  ONA -schodzi i  z życzliwym sobie uśmiechem i kolejny raz podpina kilkumetrowe kable, podnosi ciężkie kolumny. Wie nawet do czego służy mikser. Nie wiem dlaczego ONA to potrafi, a inni nie. Nie wiem dlaczego zna się na drukarkach, kolorofonach, magnetofonach, komputerach, tablicach interaktywnych, programach edukacyjnych i sztuce. Choć to nie jest jej przedmiot. 

Po powrocie na zajęcia zdała sobie sprawę, że krótki dzień pracy był mrzonką. Stasia ma jeszcze w planach trzy godziny ( w czynie społecznym) – próbuje swoim milusińskim wszczepić idee wolontariatu.  Będzie więc siedzieć, pilnować, wspierać, wspomagać, doceniać, motywować, nagradzać.

W końcu ok. 16:30 może odpalić swoje małe, żółte autko. W reklamówkach partia nowych zeszytów, kilka wypracowań, jakieś karty pracy… ale zorientowała się, że przydałyby się jej jeszcze dwie, może nawet trzy ręce – nie wie co ma odłożyć i gdzie, by wydobyć ukryte na dnie torby kluczyki.  Rozejrzała się i rzuciła tęskne spojrzenie w kierunku swojego auta, które już za chwilę zabierze ją w upragnioną podróż do domu. 

Na opustoszałym  parkingu stały tylko dwa auta. Jedno za drugim. Zgadnijcie, które było zablokowane…Sądzicie, że Stasia wyjedzie od tak, po prostu?! Nic z tego.  

Jej zmęczone, zszarzałe oczy nie wyrażały absolutnie nic. Emocje zdradzała jedynie drgająca broda. Pozbierała z ziemi wszystkie pakunki i wróciła do budynku. Delikwent  zjawił się dopiero po godzinie i  jak gdyby nigdy nic odjechał.

Twarz Stasi zmieniła się nie do poznania. Nie wiadomo skąd wykrzesała z siebie resztki energii, niczym rasowy bretharianin, porwała w obie dłonie komputer, reklamówki z partią nowych zeszytów, kilka wypracowań, jakieś karty pracy…

Uff . Udało się! Jedzie! W dłoniach chrupki chleb i tymbark o smaku malin( nie płatne lokowanie produktu). 

Stasia pokonała miejskie korki, zrobiła zakupy, zatankowała za kolejne 50 polskich złotych ( ONA zawsze tankuje za tyle, dzięki czemu nie odczuwa jakichkolwiek podwyżek). 

Kiedy dotarła na przydomowy parking wyciągnęła z auta laptop, reklamówki z partią nowych zeszytów, kilka wypracowań, jakieś karty pracy…

Reszta dnia była już tylko przyjemnością…

Jeszcze tylko sprawdzi reklamówkę zeszytów, kilku  wypracowań oraz karty pracy i dzień można uznać za skończony.

Jutro Stasia ma planowe cztery godziny.

Można w ciemno zakładać, że  znowu zakrzywi czasoprzestrzeń. 

I żeby było jasne Stasia kocha dzieci i tę robotę :) Naprawdę!