Boimy się tego, czego nie znamy…/We fear what we do not we understand…


Niestety nie dane mi było obejrzeć w tym roku całego festiwalu filmów koreańskich we Wrocławiu.  Widziałam tylko jeden „The Weight” – pierwszy koreański film, który na MFF w Wenecji 2012 zdobył  The Queer Lion Prize. 

Przyznaję, że to mocne kino, już nie pierwszy raz spotkałam się z tym, że reżyserzy koreańscy pokazują rzeczywistość, unikając koloryzowania jej. Dlatego bywały kadry, podczas których z trudem patrzyłam w ekran. Nie miało to jednak nic wspólnego z bezmyślną przemocą i żerowaniem na ludzkich emocjach. Myślę, że Jo Jae-hyeon nie wyważył wszystkiego jak należy, ale  i tak oglądałam z zainteresowaniem. Reżyser wraca do starych jak świat tematów- obcości, wyalienowania, braku tolerancji, zakłamania i przemocy, która wynika  tak naprawdę z braku akceptacji.
Przyznaję jednak , że znowu dzięki temu filmowi poparzyłam na te kwestie na nowo. 


Może sprawiła to bardzo dobra główna rola  oraz nietypowa przestrzeń- Jung pracuje w kostnicy, to surowa przestrzeń (biel kafli mocno kontrastuje z czerwienią krwi), czuje się jej chłód i obcość, jedynym ciepłem i  dobrem  jest sam Jung. Upływ czasu, kolejne kadry odwracają jednak uwagę od przestrzeni, skupiamy się raczej na postaciach – najpierw główny bohater – Jung: garbus, który cierpi na zapalenie stawów, do tego dręczy go gruźliczy kaszel. Zawsze łagodny, ciepły, nad wyraz spokojny. Reżyser powolutku odkrywa przed nami także ten wewnętrzny świat Junga. To naprawdę  piękny świat! Jakże inny od tego realistycznego. Jego fantazje zdają się być obroną przed tym co niesie ze sobą codzienność. 

Chwilowe radości, stany, w których próbuje uciec od bolesnej rzeczywistości trwają krótko. Jest bowiem jeszcze ktoś – niedoszły, przyrodni brat – to z nim wiąże go emocjonalna zależność. Młodszy brat to hermafrodyta – jego jedynym pragnieniem jest stać się wreszcie kobietą. I o ile znajduje on zrozumienie w oczach Junga, o tyle matka nie kryje swojego potępienia.
Cały ten świat pełen jest postaci szukających zrozumienia i miłości. Snują się poprzez kolejne kadry na oczach Junga: matka – prostytutka, brat – transseksualista, młoda dziewczyna napotkana przypadkowo, którą wykorzystuje byle przechodzień;  policjant, któremu nie układa się w małżeństwie… Przerażający to świat  pełen cierpienia, a  w tym wszystkim zatopiony Jung, który nosi swój ciężar  egzystencji.  Myślę, że reżyser mógł uniknąć pewnych scen, oszczędzić nam kolejnych cierpiętników. Główny bohater i jego brat wyraziście kreślili temat filmu.  Kolejne makabreski spowodowały, że film stał się naprawdę ciężki, zbyt smutny z monstrualną dawką cierpienia. 

To co jest budujące to fakt, że właśnie Jungowi  udaje się trwać w tym świecie z godnością. 

Ten film poruszył mnie i znowu powróciło pytanie o to dlaczego z taką trudnością akceptujemy „inność”. Jeśli za inność można uważać kalectwo, transseksualizm czy homoseksualizm. Niewielu ludzi znajduje odwagę, by żyć zgodnie z wewnętrznym przekonaniem i prawdą. Dlaczego? Z prostej przyczyny, bo im na to nie pozwolimy. Z trudem przychodzi nam patrzenie na innych poprzez poziom ich rozwoju duchowego. To dziwne. Puszczamy w telewizji filmy, które rozbudzają naszą erotyczną wyobraźnię, za drugiej strony tkwimy w zakłamaniu i pozwalamy, by  wspomniane już kiedyś przeze mnie zjawisko dulszczyzny rozlało się w społeczeństwie jak najszerszym kręgiem. Wychowujemy pokolenia pod kloszem i nie poruszamy niewygodnych kwestii, skąd zatem ma wzrastać w nas świadomość pewnych zjawisk i problemów. Śmiem nawet twierdzić, że nie rozumiejąc, nie znając, zaczynamy się obawiać. Mamy też taką właściwość, że z pasją nawracamy innych na właściwą ścieżkę, czy jest to  dla nich dobre , czy nie. Toniemy w morzu hipokryzji, ukrywając we własnych domach swoje” trupy w szafie”. Kiedy znajdujemy w swoim środowisku osoby, które w jakiś sposób wyróżniają się, z nieskrywaną przyjemnością oddajemy się towarzyskiej krytyce na ich temat, by poczuć się choć przez chwilę lepiej. Akcentujemy, że „u nas to się tak nie robi”, ” my nigdy byśmy na to nie pozwolili”, ” moja córka z takimi się nie spotyka” itd. Ustawicznie zajmujemy się życiem innych ludzi, poprawiamy sobie samopoczucie, wzmacniamy własne ego. Przy byle okazji drążymy temat o Iksińskim, by nie mówić o własnych niedoskonałościach.
Podobnie czynią dzieci – one też przychodzą ze szkoły i mówią:  – „ja byłem niegrzeczny, ale wiesz jak się zachowywał Marek !” . Rodzice czują wtedy ulgę, bo przecież są jeszcze gorsi, a syn wyrasta w przekonaniu, że miarą czynionego przez niego zła jest jeszcze większe zło. 

Pamiętam jak odbierany był Kotański, gdy próbował wznieść ośrodek dla chorych na AIDS. Do dziś pamiętam żenujący obraz ludzi, obrzucających kamieniami nowo wybudowany dom. Ksiądz Nowak współpracujący z chorymi narkomanami także borykał się z brakiem akceptacji. 

Może takie zachowania są mi obce, ponieważ mam tę właściwość, że jestem ciekawa innych kultur, z łatwością przychodzi mi akceptacja wielu tradycji, jeśli oczywiście nie są one kultywowane kosztem cierpienia innych ludzi. Wrocław to miasto szczycące się tolerancją, nie przemykam zatem chyłkiem przez dzielnicę zamieszkiwaną przez  Żydów lub Izraelitów – jak wolą o sobie mówić. Z przyjemnością gościłam zresztą w swoim miejscu pracy dzieciaki ze szkoły żydowskiej – to była grupa o wysokim morale i wysokiej kulturze osobistej. Nie sądzę, by byli poddani jakieś specjalnej selekcji. 

Pamiętam z dzieciństwa, że na ludzi z garbem patrzyło się jak na monstra, wtedy jeszcze nikt nie wspominał o homoseksualizmie, a tym bardziej hermafrodytach.  Na szczęście moi rodzice wykazywali zawsze ogromną dozę zrozumienia i tolerancji. Nauczono mnie, że inny , to nie znaczy gorszy. Postacie Junga i jego brata na pewno otwierają oczy na całą paletę przeżyć  jakich doświadczają tacy ludzie w wyniku odrzucenia. 

Opinia publiczna łatwo feruje wyroki i oceny, dlatego musimy poznawać bliżej pewne zjawiska, by przestać się ich obawiać, starać się je zrozumieć, zaakceptować ich istnienie. Nikt nie każe nam się przecież stawać kimś innym, niż jesteśmy. Zbyt często okrzykujemy dziwakami tych, którzy znajdują odwagę, by żyć zgodnie z prawdą. To dzieje się, ponieważ nie dość dużo wiemy na ten temat, nie dość dobrze rozumiemy. 

     

Fot. Diane Arbus

Dorośli, rodzice coraz mniej rozmawiają z dziećmi i młodzieżą, a ja obserwuję jak eskaluje na co dzień ich agresja. Dla dzieci dziwakiem jest ten, który jest zbyt nieśmiały, zbyt powolny, za mało wysportowany,  ubrany w niemarkowe ciuchy, w glanach lub noszący trampki. Właściwie prawie każda forma „innego” zachowania czy wyglądu jest przez kogoś silnie nie akceptowana. 

Na dowód tego, że należy rozmawiać mogę tylko przytoczyć pewien fakt – moi absolwenci najbardziej tęsknią za tym chłopcem, który był upośledzony umysłowo, ale byli świadomi kim on jest i dlaczego taki jest.