A poesia surge de qualquer coisa / poezja objawia się we wszystkim


Józef Baran

Chamado através do mundo

 

se apaixone por mim

eu correspondo

tintim por tintim

a gente se gruda assim

sem fôlego e sem fim

em você eu me escondo

você se esconde em mim

e atrás de nós pelo mundo

a morte em vão enfim

 

[tłumaczenie]

Przez świat idące nawoływanie

zakochaj się we mnie

ja się odwzajemnię

wczepimy się w siebie

bez tchu i bez-dennie

ja w tobie się skryję

ty skryjesz się we mnie

śmierć nas będzie szukać

po świecie daremnie

Todo o Amor do Mundo Não Foi Suficiente

A Naifa

Todo o amor do mundo não foi suficiente porque o amor não serve de nada. ficaram

Os papéis e a tristeza, ficou só a amargura e a cinza dos cigarros e da
Morte.
Os domingos e as noites que passámos a fazer planos não foram suficientes e
Foram
Demasiados porque hoje são como sangue no teu rosto, são como
Lágrimas.
Sei que nos amámos muito e um dia, quando já não te encontrar em cada instante, cada hora,
Não irei negar isso. não irei negar nunca que te amei. nem mesmo quando estiver
Deitado,
Nu, sobre os lençóis de outra e ela me obrigar a dizer que a amo antes de a
Foder.

Fot. Brassai

Mariza – muzyka fado 

Ludzie z mojej ziemi

Moje, czy wasze jest Fado

Los, co i tak nas jednoczy

Nie ma znaczenia jak bardzo

Przeczą mu struny gitary

 

Zawsze, gdy lament słyszymy

Który gitary niesie śpiew

Jesteśmy nim napełnieni

Wyrzucamy z siebie płacz

 

O Wy, ludzie z mojej ziemi

Ja teraz dopiero wiem

Że mogę zabrać ten smutek

Ten, który od Was mam

 

Wydaje się, że czułością

Gdyby koić było wolno

Ach w czasach wielkiej goryczy

Tak smutny nie byłby mój śpiew

 

 

[tłumaczenie]

Za tą chmurą
palącą się na niebie
lśni ogień słońca
wieczne ciepło
uwolnij mój umysł
uwolnij mój umysł

punkt światła
który mnie pociąga
zapalony w Twojej duszy
punkt światła
który mnie pociąga
zapalony w Twojej duszy

Fot.A. Kertesz

Ana Paula Inácio

Miracles happen
at odd hours
and I’m never at home
when the postman comes by.
Today the first flower blossomed
and I said it’s a sign.
I look around: I’m alone
I carry this shadow.
© 2000, Ana Paula Inácio
From: Vago Pressentimento Azul por Cima
Publisher: Ilhas, Oporto, 2000
ISBN: 972-98608-0-7
—-
Os milagres acontecem
a horas incertas
e nunca estou em casa
quando o carteiro passa.
Hoje, abriu a primeira flor
e eu disse é um sinal.
Olho em volta: estou só
trago esta sombra comigo.
Fot. Andre Kertesz

amanhã vou comprar umas calças vermelhas

amanhã vou comprar umas calças vermelhas
porque não tenho rigorosamente nada a perder:
contei, um a um, todos os degraus
sei quantas voltas dei à chave,
sublinhei as frases importantes,
aparei os cedros,
fechei em código toda a escrita.Amanhã comprarei calças vermelhas
fixarei o calendário agrícola
afiarei as facas
ensaiarei um número
abrirei o livro na mesma página
descobrirei alguma pista.

Ó César 

não sou uma mulher moderna
não me ligo à net
gosto de compras ao vivo
cujas listas faço em cadernos de argolas
que depois esqueço
e só me lembro de elixir para aclarar a voz,
tenho tantas embalagens
como Warhol de Tomato Soup
ou de detergente Brillo,
para que ao chegares a casa
te envolva, te abrace e te queira
mas nem só de voz vive o homem,
dizes tu,
e então a minha saúda-te
como a daqueles que vão morrer.

66-12-ZZ

Como um velho comerciante de carros falido
parecias saído de um filme de Tarantino.
Com as minhas plumas em forma de asas
e a maquilhagem de anjo doente
parecia saída de um filme de Wenders caído.
Relativamente às plumas, em forma de asas,
trazia os cálculos anotados
da distância a manter do Sol
e a imagem de Ícaro em chamas.
Mas naquele dia tudo correu mal.
O que poderíamos fazer de diferentes filmes saídos?
E choveu.
E o nevoeiro nem um cometa deixou ver.
A minha maquilhagem desfez-se,
confundiu-se com os veios das plumas
que se colaram à minha coluna vertebral
como um colete de forças.
E tu velho comerciante
já não me pudeste enganar
e vender um artefacto voador
por um coração ferido

Fot. A. Kertesz

Fernando Pessoa

Kiedy wróci wiosna,

Być może, już mnie nie znajdzie na świecie.

Chciałbym teraz móc sądzić, że wiosna jest człowiekiem,

Ażeby móc przypuścić, że zapłakałaby,

Widząc, iż utraciła jedynego przyjaciela.

Lecz wiosna nawet nie jest rzeczą –

Jest formą wrażenia.

Nawet nie powracają kwiaty ani zielone liście.

Są nowe kwiaty, nowe zielone liście.

Są nowe ciepłe dni.

Nic nie powraca, nic się nie powtarza, bo wszystko jest rzeczywiste.

***

Śmierć według mnie to zakręt drogi. 
Umrzeć — wymykać się spojrzeniu. 
Słucham i słyszę jak odchodzisz, 
Trwając jak ja przy swym istnieniu.
Ziemia jest przecież z nieba cała. 
Kłamstwu wszak nikt nie uwił gniazda. 
Każdy tu kiedyś się odnalazł Świadom, 
Że droga w krąg i prawda.

Chcąc być wielkim, bądź pełen: nic
Nie wyolbrzymiaj ani nie wykluczaj.
Bądź wszystkim w każdej rzeczy.
Bądź całym sobą w najmniejszym, co czynisz.
Tak w każdym jeziorze cały księżyc
Połyskuje, bo żyje wysoko.

 

Fernando Pessoa, „Księga niepokoju napisana przez Bernarda Soaresa”

W mieście bywa czasem spokój wiejski. Bywają momenty, głównie w upalne popołudnia, gdy w tej świetlistej Lizbonie nawiedza nas wieś niczym wiatr. I nawet tu, na ulicy Złotników, śpi nam się dobrze.

Jak to miło dla duszy widzieć przystające pod wysokim, spokojnym słońcem te wozy ze słomą, te skrzynki, tych powolnych przechodniów niczym przeniesionych ze wsi. Ja sam, patrząc na to z okien pustego biura, przenoszę się: znajduję się w jakiejś spokojnej osadzie na prowincji, zastygam w jakiejś nieznanej wsi i ponieważ czuję się inny, jestem szczęśliwy.

Dobrze wiem: gdy podniosę oczy, zobaczę brzydką linię domostw, nieumyte okna wszystkich biur Baixy, bezsensowne okna wyższych pięter, gdzie jeszcze się mieszka, a w górze suszącą się w słońcu bieliznę między wazonami kwiatów i doniczkami roślin. Wiem, lecz światło, które złoci wszystko, jest tak łagodne, tak spokojna atmosfera, która mnie otacza, że nie ma żadnego powodu, nawet wizualnego, aby abdykować z mojej sztucznej wsi, z mojej prowincjonalnej osady, gdzie handel jest cichy.

Wiem, wiem… To prawda, że jest pora obiadu, odpoczynku, przerwy. Wszystko idzie dobrze na powierzchni życia. Ja sam śpię, choć pochylam się z balkonu, niczym z pokładu statku, by obejrzeć nowy krajobraz. Ja sam nawet nie medytuję, jakbym był na prowincji. I nagle coś innego przychodzi mi do głowy, wciąga, owłada mną: poza południową godziną w osadzie widzę całe życie osady we wszystkich jego przejawach: widzę głupie wielkie szczęście domowego życia, wielkie głupie szczęście życia wiejskiego, wielkie głupie szczęście spokoju w plugawości. Widzę, bo widzę. Ale nie widziałem i budzę się. Patrzę wokoło, uśmiechając się i przede wszystkim otrzepuję z rękawów marynarki, niestety, ciemnej, cały kurz z poręczy balkonu, którego nikt nie starł, nie wiedząc, że pewnego dnia w jakimś momencie stanie się ona niepokrytą żadnym pyłem barierą statku, żeglującego w niekończącym się turystycznym rejsie.

THE CASTLES
Europe is lying propped upon her elbows:
From East to West she lies, starting
Out, reminiscent, – Greek eyes from the shelter
Of romantic hair.Behind her back the left elbow is cast;
The right has the angle place.
That once says Italy in its repose;
This one says England where, gathered apart,
It holds the hand up to support the face.She stares, her gaze doom-heavy, sphingical,
Out at the West, the future of the past.The face with which she stares is Portugal.
O DOS CASTELOS
A Europa jaz, posta nos cotovelos:
De Oriente a Ocidente jaz, fitando,
E toldam-se romanticos cabelos
Olhos gregos, lembrando.O cotovelo esquerdo recuado;
O direito em angulo disposto.
Aquele diz Italia onde pousado;
Este diz Inglaterra onde, afastado,
A mão sustenta, em que se apoia o rosto.Fita, com olhar sphyngico e fatal,
O Ocidente, futuro do passado.O rosto com que fita Portugal.

1966, Luiza Neto Jorge

ACORDAR NA RUA DO MUNDO

madrugada. passos soltos de gente que saiu
com destino certo e sem destino aos tombos
no meu quarto cai o som depois
a luz. ninguém sabe o que vai
por esse mundo. que dia é hoje?
soa o sino sólido as horas. os pombos
alisam as penas. no meu quarto cai o pó.um cano rebentou junto ao passeio.
um pombo morto foi na enxurrada
junto com as folhas dum jornal já lido.
impera o declive
um carro foi-se abaixo
portas duplas fecham
no ovo do sono a nossa gema.sirenes e buzinas. ainda ninguém via satélite
sabe ao certo o que aconteceu. estragou-se o alarme
da joalharia. os lençóis na corda
abanam os prédios. pombos debicam

o azul dos azulejos. assoma à janela
quem acordou. o alarme não pára o sangue
desavém-se. não veio via satélite a querida imagem o vídeo
não gravou

e duma varanda um pingo cai
de um vaso salpicando o fato do bancário

WAKING UP ON THE STREET OF THE WORLD

early morning. footsteps of people going out
with a definite destination or indefinitely stumbling
the sound falling in my room and then
the light. no one knows what goes on
in this world. what day is today?
the bell solidly tolls the hour. the pigeons
smooth their feathers. the dust falls in my room.a pipe burst open next to the sidewalk
a dead pigeon was swept away in the torrent
along with the pages of an old newspaper.
the slope rules
a car went under
double doors close
our yolk in the egg of sleep.horns and sirens. it’s still not clear
via satellite just what happened. the alarm
of the jewelry shop went haywire. hanging sheets
fan the buildings. pigeons peck

the glaze on the tiles. those who woke up have come
to the window. the alarm won’t quit. the blood
seethes. the precious image via satellite didn’t arrive the vcr
recorded nothing

and from a flower-pot on a balcony a drop of water
falls and lands on the bank teller’s suit