Z nostalgią, patrząc na stare fotografie…


„[…]W gruncie rzeczy Fotografia jest czynnikiem wywrotowym, ale nie wtedy gdy przeraża, porusza czy nawet piętnuje, ale gdy daje zbyt dużo do myślenia[…]”
R. Barthes

Grzebiąc w magicznym pudełku mojej babci, znalazłam wiele cudownych fotografii, takich, które zaparły mi dech w piersiach. Pewnie podzielę się nimi kiedyś szerzej. To niezwykłe uczucie patrzeć na te wszyskie twarze, niektóre z nich pojawiły się prawie 100 lat temu…a przecież są częścią mojej rodziny.

Oto mama mojej prababci. 

Czuję jakąś niewysłowioną nostalgię i ogromny żal. Dlaczego? Skoro nie poznałam Jej nigdy…Czy była właśnie taka? Ta fotografia – Jej twarz emanuje jakąś siłą, wolą życia i pewnością siebie.

„[…]W pewien listopadowy wieczór, niedługo po śmierci mojej matki, porządkowałem zdjęcia. Nie liczyłem na to, że ją „odnajdę”, nie oczekiwałem niczego od „*tej fotografii, na którą patrząc, przypominamy sobie kogoś gorzej, niżbyśmy sobie przypomnieli, zadowoliwszy się myślą o nim” (Proust). Dobrze wiedziałem o tej fatalności, która jest jedną z najbardziej okrutnych stron żałoby: że chociaż będę wpatrywał się w te obrazy, nie będę mógł już nigdy przypomnieć sobie jej rysów(przywołać ich całkowicie dla siebie).W tej sytuacji chciałem jedynie, podobnie do życzenia Paula Valery’ego po śmierci jego matki, „napisać o niej niewielką rzecz tylko dla siebie samego” (może napiszę to pewnego dnia, aby pamięć o niej,oddana drukiem, mogła trwać przynajmniej tak długo, jak pamięć o mnie). Co więcej, o tych jej zdjęciach, które mam,nie mogę nawet powiedzieć, że je lubię,nie kontemplowałem ich, nie zagłębiałem się w nie. Nie mówię tu o jedynym zdjęciu, które opublikowałem, a na którym widać moją matkę w młodości, idącą plażą w Landach. „Odnajduję” na nim jej sylwetkę, zdrowie, jej siłę oddziaływania- ale nie jej twarz, zbyt odległą. Przekładałem te zdjęcia w rękach, ale żadne nie wydawało mi się naprawdę „dobre”: ani jakość fotograficzna, ani żywe wskrzeszenie ukochanej twarzy. Gdybym pokazał je kiedyś przyjaciołom, to, jak sądzę,nie przemówiłyby do nich.[…]”

Moja prababcia z bratem

On – ma takie ciepłe oczy, pełne miłości…

„[…]Rozpoznawałem ją przez jej inność, a nie jej istotę. Fotografia zmuszała mnie w ten sposób do bolesnej pracy. Szukając istoty jej tożsamości, szamotałem się pośród obrazów częściowo tylko prawdziwych, a więc całkowicie fałszywych. Powiedzieć, patrząc na zdjęcie: „to prawie ona!” było bardziej przykre niż powiedzenie o innym zdjęciu: „to przecież nie ona”[…]” R. Barthes

Moją prababcię poznałam osobiście, ale zbyt późno dowiedziałam się więcej. Znałam ją jako maleńką przygarbioną staruszeczkę, która zaraz po moim wejściu do domu częstowała mnie czekolada, a przecież kiedyś…

Moja prababcia

Kiedyś była delikatną, piękną, młodą dziewczyną śmiało spacerującą ulicami  wielkiego miasta, pełna ciepła i miłości do ludzi; bywały dni, gdy grywała na pianinie…potem już nigdy…Tylu rzeczy o niej nie wiedziałam, nigdy nie zapytałam. 

Ech, czasie okrutniku i młoda nonszalancjo dla starszych z urodzenia!! 

Mam wrażenie jakby wcale nie walczyła ze swoim obrazem, jakby fakt, że stanęła przed fotografem była zupełnie naturalna. Jest taka niewinna i taka delikatna!

Mój pradziadek

Nie znałam go, ale gdy patrzę na tę fotografię myślę, że byli piękną parą. Tacy do siebie podobni…jest coś w ich jasnym, łagodnym spojrzeniu, coś – co ich łączy…