Idąc ścieżkami Mrs Dalloway…


„Świat zamyka nas w pułapce roli, którą gramy, i bardzo trudno jest zachować czujność, zbudować dystans pomiędzy obrazem nas  widzianych z zewnątrz i tym, kim jesteśmy w istocie.” V. Woolf

Czytając smakuję, delektuję się słowami, mało kto w tak zjawiskowy sposób, jak  V. Woolf dba o szczegóły, o budowanie przed czytelnikiem obrazów o takim ogromie barw, kształtów, zapachów;  o prawdziwość psychologiczną kreowanych postaci literackich, wracam do niej i „częstuję  się” każdym fragmentem. I nawet jeśli  całość nie zawsze jest doskonała, to w detalach jest czymś zjawiskowym. I nie przeszkadza mi, że postacie trącą myszką, w gruncie rzeczy my – ludzie  nieustannie jesteśmy tacy sami.

W.Voolf

Fragment z „Własnego pokoju”:

„[…] Tymczasem błysnęły kieliszki, najpierw żółcią, potem szkarłatem; kolejno opróżniały się i napełniały. Gdzieś w połowie wysokości kręgosłupa’ każdego z biesiadników, mniej więcej tam, gdzie zamieszkuje dusza, stopniowo rozpalało się światło – nie to elektryczne światełko zwane błyskotliwością, które pojawia się i znika na naszych ustach, lecz inne światło, znacznie głębsze, subtelniejsze i jakby podziemne – bogaty, złocisty płomień rozumnej rozmowy. Nie ma powodów do pośpiechu. Nie ma powodów, by błyszczeć. Nie ma powodów, by być kimkolwiek innym niż tylko sobą. Wszyscy wybieramy się przecież do nieba i jest wśród nas sam Van Dyck – innymi słowy, jakże dobre wydaje się życie, jakże słodkie są jego uroki, jak trywialne wszelkie pretensje i zmartwienia, jak bardzo godna podziwu jest przyjaźń i towarzystwo innych, podobnych nam osób, gdy człowiek zapala dobrego papierosa, zapadając się wśród poduszek w stojący pod oknem fotel.Gdybym za sprawą dobrego losu miała wtedy pod ręką popielniczkę, gdybym nie była zmuszona strzepywać popiołu za okno, gdyby zatem wszystko ułożyło się choćby odrobinę inaczej, nie ujrzałabym zapewne kota bez ogona. Widok tego nerwowego, okaleczonego zwierzaka, drepcącego cichutko przez dziedziniec, sprawił, zapewne działając jakoś na moją podświadomość, że wypełniający pokój niewidoczny blask emocjonalny zupełnie dla mnie zgasł. Było to tak, jakby ktoś nagle opuścił zasłonę. Być może, to wyśmienite białe wino przestawało właśnie wywierać na mnie swój przemożny wpływ. W każdym razie obserwując, jak kot z wyspy Man przystaje na moment pośrodku trawnika, jakby on także zwątpił we wszechświat, poczułam, że czegoś tu brak, że coś się zmieniło. Czego jednak brakuje, co się zmieniło, zapytałam samą siebie, przysłuchując się rozmowie. Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, musiałam myślą opuścić pokój i przenieść się w przeszłość[…]”

Ona zawsze była jakby obok…

Fragment z „Orlando
:„[…] Bywało, że Orlando z nagła oddawał się melancholii; jej powodem mógł być widok staruszki kuśtykającej po lodzie, mogło wcale nie być powodu; przyciskał twarz do lodu, patrzył w zamarzłe wody i myślał o śmierci. Bowiem słuszność ma filozof, który mówi, że granica między szczęściem a melancholią nie grubsza jest aniżeli ostrze noża; dalej utrzymuje, iż jedno jest z drugim spokrewnione i dochodzi do konkluzji, że wszelkie skrajności uczuć są sprzymierzeńcami szaleństwa[…]”. 

Z wielką przyjemnością odnajduję w jej tekstach własne przemyślenia i trochę siebie. To chyba , dzięki temu tak często sięgam po lekturę.

Cytat z „Orlando” :

„[…]Jeśli istotnie nazwać to snem, nastręcza się pytanie, jakiej ów sen był natury? Czy leczniczej: trans, kiedy najczarniejsze wspomnienia, zdarzenia, które potrafią na zawsze okaleczyć żywot, omiata mroczne skrzydło, które wygładza je i pozłaca, nadając blasku i poloru nawet najohydniejszym i najnikczemniejszym z nich? Czy gniew wobec śmierci musi rozproszyć się w wirze życia, aby nie rozszarpał nas na strzępy? Czy tak jesteśmy stworzeni, iż śmierć musimy przyjmować w codziennych małych dawkach, gdyż w przeciwnym razie życie stałoby się nieznośne? I coż to za dziwne moce, co wnikają w nasze najtajniejsze nawyki i bez naszej woli przekształcają nasze najulubieńsze przymioty?[…]”

„Przyjmować śmierć w małych dawkach” – czy dlatego musimy za życia zmagać się z cierpieniem, bólem i chorobami, z tęsknotami i upiorami pamięci…?

Fragment z : „Pani Dalloway” :
[…] Pamięta, że wrzuciła kiedyś szylinga do stawu Serpentine w Hyde Parku. Ale wszyscy ludzie wspominają; a ona kocha to, co jest tu, teraz, przed nią; tę grubą panią w taksówce. Czy w takim razie ma to jakieś znaczenie, zastanawiała się idąc w kierunku Bond Street, czy ma to jakieś znaczenie, że ona musi, absolutnie musi przestać istnieć? Wszystko to będzie trwało dalej, bez niej. Czy ją to boli? Czy też może znajduje pewną pociechę w wierze, że śmierć jest ostatecznym końcem? Że mimo wszystko ona zostanie i Piotr zostanie, że będą żyli jedno w drugim – tu czy tam, na ulicach Londynu, w tętnie życia, ponieważ ona jest cząstką – tego była pewna – drzew wokół domu rodzinnego, samego domu, chociaż taki jest brzydki, przysadzisty, bezkształtny; ponieważ jest cząstką ludzi, których nie znała, ponieważ rozciąga się niczym mgła pomiędzy ludźmi bliskimi sobie, którzy unoszą ją w górę, jak drzewa unoszą mgłę gałęziami, ponieważ jej życie rozciąga się, sięga daleko; jej życie, ona sama. Ale o czym myśli stojąc przed wystawą Hatcharda? Co usiłuje odnaleźć? Jaki obraz białego świtu na wsi chce przywołać, gdy czyta w otwartej książce: Już cię nie strwożą pożogi słońca Ni zimy ostre podmuchy. To, czego świat doświadczył w ciągu ostatnich lat, wydrążyło w nich wszystkich, we wszystkich kobietach i mężczyznach, studnie łez. Łez i smutku, odwagi i wytrzymałości; dało im imponującą w swej dzielności stoicką postawę[…]” 

Fragment z „Pani Dalloway:

” […] Nie powiedziałaby teraz o nikim, że jest taki czy inny. Czuła się bardzo młoda i jednocześnie niewypowiedzianie stara. Była jak nóż przecinający wszystko, do samego środka; i jednocześnie była na zewnątrz, obserwowała. Gdy przyglądała się taksówkom, nie opuszczało jej uczucie, że jest daleko, daleko na morzu, sama; zawsze uważała, że życie, nawet jeden dzień życia, jest czymś bardzo, bardzo niebezpiecznym. To wcale nie znaczy, że miała się za osobę inteligentną czy niezwykłą. Nie mogła wprost pojąć, jak przeszła przez życie z tymi kilkoma okruchami wiedzy, którą dała im Fraulein Daniels[…]”

Czytam Dzienniki Virginii Woolf. Tylu ludzi przewinęło się przez jej dom, tyle myśli, poglądów , sporów, tyle emocji i dziania się! Teraz, gdy myślę o postaci jaką wykreowano w filmie „Godziny” wiem, że nie była taka. Było w niej mnóstwo życia, pasji, energii. Za tym przemawiają jej powieści, to jak smakowała świat, jak dotykała ludzkich dusz.

Virginia Woolf at Garsington 1923

 

Każdy z nas pewnie na ten jeden moment szuka takiej arkadii, w której może znowu poczuć bicie serca Ziemi, a przy tym pozwolić sobie naiwność odruchów, niewyszukane emocje, proste gesty…

Fragment z opowiadania ” Kobiecy college widziany z zewnątrz”:

[…] Nocą dzielimy się w sekrecie, a dzień przemierzamy całym stadem. Rolety podniesione. Nad ogrodem mgła. Siedząc na podłodze pod oknem[(podczas gdy pozostałe kobiety grały), miała wrażenie, że ciło i umysł, zjednoczone, unoszą się w powietrze suną ponad krzewami. Tymczasem ona taka bardzo miała ochotę wyciągnąć się na łóżku i spać! […] czuła, że inne są całkwowicie rozbudzone. Kiedy śmiały się razem, w ogorodzie jakiś ptak zaćwierkał przez sen, jakby ten śmiech…

Tak jakby ten śmiech(przysnęła na chwilę) odfrunął niczym opar miękkimi, elastycznymi strzępkami przyczepił się do roślin i krzewów, aż ogród zamglił się i zachmurzył. Ale zaraz zmiecione podmuchem wiatru krzewy skłoniły się,  a biały opar odfrunął  w świat.[…]”

Fragment z „Fal”:

[…] Dlatego nie lubię luster, które pokazują moją prawdziwą twarz. Kiedy jestem sama, często spadam w pustkę. Muszę ostrożnie stawiać stopy, żeby nie spaść z krawędzi świata w nicość. Muszę uderzać ręką w jakieś twarde drzwi, żeby przywołać się z powrotem do ciała.”