„posługiwać się cierpieniem w miarę łagodnie jak protezą”


Czy  jesteśmy dobrze przygotowani na przeżycie bolesnej ludzkiej egzystencji?

Czy potrafimy wykorzystać cierpienie dla osiągnięcia wewnętrznej dojrzałości…?

Cierpimy przecież wszyscy w różnym wymiarze. Może należy przyjąć, że cierpienie jest czymś co jakoś  wpisuje się w nasz los. Taki atrybut naszego człowieczeństwa.

Czy można w ogóle rozważać  jego afirmację?

Te pytania nabrzmiały we mnie  po obejrzeniu filmu Lav Diaza, „Florentina Hubaldo CTE”. To był sześciogodzinny czarno – biały obraz, którego każdy kolejny kadr przykuwał uwagę z wielka  mocą. Pierwsze kadry wcale nie zapowiadały złowieszczych zdarzeń.

Fot. Scena z filmu – na fotografii Hazel Orencio, w niesamowitej kreacji Florentiny Hubaldo
Nie spodziewałam się, że moim oczom ukaże się obraz pełen bezsensownego okrucieństwa i niewiarygodnego cierpienia. Już w trakcie filmu, jak i po wyjściu z kina głowę miałam pełną pytań, a duszę rozedrganą i rozemocjonowaną. Pierwsza myśl jaka się nasunęła – Czy może mieć jakikolwiek sens życie maltretowanej od dzieciństwa dziewczyny, której krótkie życie jest pasmem cierpień?
I  to zapłakane niebo obmywające ciało Florentiny…

Jak wytłumaczyć sobie fakt, że ta pełna radości dziewczyna od dziecka poddana zostaje torturom, że od dziecka ojciec kupczy jej ciałem, by potem przeznaczyć zarobione pieniąde na alkohol. Cierpienie w tej rodzinie zakorzenia się niczym klątwa. Córka Florentiny także będzie się zmagać z ogromnym bólem i chorobą. Dla niej także nie ma nadziei. Choroba dewastuje jej ciało i umysł.
Czuję, że Lav Diaz nie opowiedział nam jakieś wymyślonej historii. On sam pyta w filmie :” jaki sens ma życie Florentiny i Lolity Hubaldo”?

Teraz doskonale rozumiem dlaczego film trwał tak długo. To pozwoliło nam widzom „dotknąć „, przeżyć i zmierzyć się z eskalacją rozpaczy i bólu jakie były każdego dnia udziałem obu bohaterek.

Zastanawiałam się nad tym co można by było powiedzieć takiej istocie, jak wytłumaczyć jej sens tego co ją spotkało. Gdzie znaleźć opracie, jaką filozofię przytoczyć, a może podeprzeć sie religią…

W kontekście tych przemyśleń zastanawiam się nad tymi, którzy każdego dnia utyskują na drobne trudności, przeciwności losu, nic nie znaczące porażki…

Przypomniałam sobie wiersz Herberta, ale za nic nie mogłam znaleźć w nim pokrzepienia w tej konkretnej sytuacji… i tutaj nie chodzi tylko o film. Za oknami mojego domu każdego dnia obserwuję taki mało ciekawy obrazek zmagania się z bólem, niemocą i bezwzględnością losu. Nie tylko bohaterowie filmu , nie potrafią walczyć ze źródłem cierpienia.

Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu

Wszystkie próby oddalenia
tak zwanego kielicha goryczy –
przez refleksję
opętańczą akcję na rzecz bezdomnych kotów
głęboki oddech
religię-
zawiodły

należy zgodzić się
pochylić łagodnie głowę
nie załamywać rąk
posługiwać się cierpieniem w miarę łagodnie
jak protezą
bez fałszywego wstydu
ale także bez pychy

nie wywijać kikutem
nad głowami innych
nie stukać białą laską
w okna sytych

pić wyciąg gorzkich ziół
ale nie do dna
zostawić przezornie
parę łyków na przyszłość

przyjąć
ale równocześnie
wyodrębnić w sobie
i jeśli to jest możliwe
stworzyć z materii cierpienia
rzecz albo osobę

grać
z nim
oczywiście
grać

bawić się z nim
bardzo ostrożnie
jak z chorym dzieckiem
wymuszając w końcu głupimi sztuczkami
nikły uśmiech

(Zbigniew Herbert)