„Zwodzą się nawzajem i nikt nie zna samego siebie”


Od zawsze mamy potrzebę udawania, że jesteśmy kimś innym, dlaczego?
Będąc dziećmi pragniemy, by czas jak najszybciej wprowadził w nas w dorosłość, kiedy już osiągniemy ten stan, marzymy o tym, by stać się pięknymi, bogatymi, ważnymi, może stąd ta ochota do teatralizacji naszego życia…Z jakichś przyczyn nieustannie ukrywamy swoje prawdziwe „ja” .
Maskujemy się, przeistaczamy, gramy rolę w jakie wtłaczają nas okoliczności i ludzie. Bywa, że czujemy się w tych rolach obco i nieswojo. To cena jaką płacimy za bycie tu i teraz. Nasze gadulstwo maskuje naszą niewiedzę czy też zakłopotanie, pod pochlebstwami ukrywamy prawdę. Z tym drugim spotykam się najczęściej, niestety…
Przekleństwami maskujemy swoje ubóstwo językowe i brak pewności siebie.
Maskarada trwa!

Jak usprawiedliwić  siebie samych ? Co zrobić, by poczuć się nareszcie dobrze? Dlaczego z takim uporem trwamy w tej grze pozorów?
A może to zaledwie brak odwagi, by stanąć przeciwko temu, co stało się  statystyczną normą…?
Gdy próbujemy ściągać maskę czujemy na sobie karcące spojrzenia innych. Uwiera nas ich dezaprobata. Zaczynamy mieć nawet wątpliwość czy na pewno mamy rację.  Bo tłum jest konsekwentny w naprawianiu nas samych i wtłaczaniu na właściwą ścieżkę. Zaczynamy się gubić. Przez moment już nawet nie wiemy, która maska jest właściwa i nasza. Czy zgodzić się na zastaną rzeczywistość , a może nie pozostawać na koturnach i unieść się honorem…?
Są nawet momenty, że bronimy się przed wciśnięciem nas w ramy i nie chcemy, by ktoś dorabiał nam gombrowiczowską „gębę”. Skąd ten nagły bunt?
Z poczucia misji, pewnej odrębności , ze świadomości bycia kimś wyjątkowym. Czujemy, że mamy w tym życiu coś do powiedzenia, nawet jeśli, co jakiś czas, koleżanka, kolega czy szef w pracy podcina nam skrzydła.
Wystarczy, że znajdziemy kilka wrażliwych dusz, byśmy poczuli akceptację i słuszność pozostania na swojej drodze i zdecydowali się na odrzucenie dotychczasowej maski.

Oczywiście narażamy się wtedy na bycie odmieńcem, wyrzutkiem, ale ileż satysfakcji czerpiemy z faktu, że droga,którą podążamy jest nasza. Jeśli nawet potkniemy się kilka razy dzięki kłodom jakie podrzucają nam pod nogi „życzliwi”, to i tak każdy powrót do pionu będzie napawał nas dumą, może nawet przychylniej spojrzymy w lustro.
Przyjdzie nam otrzeć się o brak zrozumienia i dezaprobatę dla naszych zmagań, nie zawsze zetkniemy się z akceptacją swoich poglądów, może będzie nas to kosztować więcej niż się spodziewaliśmy, ale smak porażki będzie łatwiejszy do przełknięcia.
Dopóki nie wyrządzamy krzywdy swoimi próbami „naprawiania świata” , nie powinniśmy czuć się winni.  Podejmowanie działań zgodnych z naszym „ja” , bez wkładania na siebie coraz to nowych masek i odgrywania ról , czujemy akceptację dla siebie samych i znajdujemy właściwe potwierdzenie swojego jestestwa. Tym bardziej jeżeli mamy poczucie dążenia do czegoś istotnego i ważkiego, do tzw. wartości wyższych.
Dziś życzę sobie twórczego poszukiwania najlepszej siebie:)